Liczne grupy zawodowe silnie związane z koniecznością monitoringu informacji poszukują sprawnych narzędzi dostępu do bieżących opinii. Zdarza się, że ktoś sięga po prasę ale o zgrozo jeśli wiesz jaki jest technologiczny proces jej tworzenia przyrównasz to do aktu przestępstwa ekologicznego.
Potrafi więc zadziwić, że ta kosztowna infrastruktura trzyma się nadal sprawnie, a przecież dostęp do tego typu informacji nie jest zadowalający i nawet sami dziennikarze nie lubią swoich gazet. Często zmuszani do skracania lub wydłużania artykułów do określonej liczby znaków, rzemiosło pisania odczuwają niczym dyscyplinę sportową a nie misję pogłębiania społecznej świadomości. Nie da się ukryć, że te kosztowne media żyją z reklam i funduszy swoich stronniczych właścicieli gdzie prasa od lat była narzędziem politycznej lub marketingowej gry. Tu każdy tytuł ma swoja politykę informacyjną co przekładając na prosty język – czytelnicy mają wiedzieć to, co wydawca chce aby wiedzieli i nic więcej. Dlatego miłośnik prasy by nie ulec jednokierunkowej manipulacji musi uzbroić się porównawczo w kilka prasowych tytułów.
Bolącym jest to, że tylko 10% treści ze zgromadzonego przez nas zbioru gazet spełnia nasze oczekiwania. Większość rubryk jest nam zupełnie obojętna. Tu dygresyjnie dodam, że jeśli nasza codzienna prasówka nie uwzględni systematycznego pozbywania się przeczytanych gazet, czytelnia nasza w mig przekształci się na podobieństwo skupu makulatury. To brutalnie uświadamia jak beztrosko człowiek potrafi generować stosy śmieci.
Lata dziewięćdziesiąte to inwazja Internetu gdzie media jako pierwsze stały się ofiarą branży IT. Pod pojęciem mediów elektronicznych masowo uruchamiano wortale na podobieństwo gazet. Pokutowała przeświadczenie, które trwa również do dziś, że im więcej na tytułowej stronie zajawek opublikowanych artykułów tym medium ma sprawiać wrażenie bogatszego w znaczące treści, typowy model przeniesiony ze świata prasy gdzie nieuporządkowany “krzyk” ma sugerować ważność. W procesie analizy treści więc nic się nie zmieniło, nadal więcej niż polowa eksponowanego materiału to rzeczy dla czytelnika zbędne. Jedyne plusy tego rozwiązania to aspekt ekologiczny, o którym wspomniałem i co należy podkreślić, że nie jest bez znaczenia oraz uwolnienie autorów od konieczności zamykania się w określonej ilości znaków.
Innym ważnym zjawiskiem przemian jakie przyniosła odsiecz technologiczna to niskie koszty a więc szersza dostępność do uruchomienia własnego źródła informacji publicznej. Nareszcie świat mediów uzupełniły głosy wszelkiego rodzaju organizacji oraz osób, które mają własne zdanie niezależne od narzucanych im poglądów. Korporacyjne i polityczne tytuły przestały pełnić rolę głównych graczy na medialnym rynku. Jednocześnie pojawił się inny problem, który uderzył w środowisko osób monitorujących bieżące informacje. Jak ogarnąć taką ilość redakcyjnych źródeł? Jak poradzić sobie z taką przyrostową masą informacji?
Prawdziwa rewolucja nadeszła dopiero na przełomie tysiąclecia wraz z rozwiązaniem, którego nazwę ujęto w postaci trzech liter RSS. Bez wnikania w techniczno informatyczne szczegóły, jest to system przetworzenia opublikowanego tekstu, w postać jednego standardu umożliwiającego automatyczne pobranie go i odczytanie przez specjalnie do tego przystosowany program. To ten program pełni funkcję naszej współczesnej gazety gdzie w uproszczony sposób przeglądamy publikacje z dowolnie podpiętych do programu serwisów WWW. Wszystko w jednym miejscu. To wyjątkowe ułatwienie kiedy masz do przejrzenia około setki stron internetowych. Obrazowo możemy zrobić takie porównanie, że godzina naszej “prasówki” w czytniku RSS, to kilkanaście godzin biegania po rozrzuconych w Internecie stronach WWW i wyszukiwania w ich gąszczu niepotrzebnych wodotrysków interesujących nas artykułów oraz kilkadziesiąt kilogramów przeczytanych gazet. Postęp niewyobrażalny.
Nowe rozwiązania przyniosły jednak nowe problemy lecz role znacząco się odwróciły. To już nie redakcje dyktują czytelnikowi co ma czytać a ale czytelnik sam podejmuje decyzje, które źródła informacji uwzględniać w tak skomponowanej przez siebie “gazecie”. Technika RSS uprościła dostęp do informacji w tak znaczący sposób, że nasz czytnik może obsługiwać do kilkuset źródeł, czyli dziennie możemy otrzymać do przeczytania niemal setkę publikacji co w dłuższej perspektywie staje się bardzo uciążliwe. Skutkuje to oczywiście coraz bardziej surowymi kryteriami oceny wartości źródła informacji i dosadnie dość szybko “zwalnia” się te źródła czy autorów, którzy nie wykazują konkurencyjności. Staje się to koniecznością i nie wiele potrzeba by źródłowy serwis został zdyskwalifikowanym, wystarczy kilka słabych tekstów by czytelnik uznał źródło za mało pożyteczne.
W konsekwencji wieloletniego użytkowania systemu RSS do naszej “prasówki” oraz poszukiwań wartościowych źródeł informacji, utworzymy sobie elitę najlepszych autorów. Takiej gazety czy serwisu nikt nie jest w stanie nam zapewnić i to zmienia całkowicie oblicze współczesnych mediów gdzie przestały się już liczyć wielkie i popularne tytuły a wzrosło znaczenie samych autorów.
Programów do czytania kanałów RSS jest sporo i powstają nowe, mnie bardzo przypadł do gustu bezpłatny QuiteRSS na system Windows. Autorów czytam różnych, do czytnika “podpięte mam blogi” kilku historyków, dwóch chemików, lekarza, kilku astrofizyków, felietonistów politycznych oraz emigrantów bacznie obserwujących życie w innych krajach i wielu dziennikarzy incognito piszących zdawało by się w brew woli swoich pracodawców. Serwisów informacyjnych i branżowych praktycznie nie mam gdyż te niską wartością bardzo szybko zostały usunięte ustępując miejsca licznym pasjonatom i specjalistom branżowym, którzy o wiele lepiej potrafią wykorzystać nowe technologie informatyczne. (Brux)
brux@post.com